Cerkwisko

- Słuchaj, kiedy ostatnio był szlak? zapytałem rozglądając się po pniach okolicznych świerków.

- Jakieś 10 minut temu - Hubert nie wyglądał na przejętego – zaraz powinien być, przecież nie mogliśmy zboczyć, cały czas ta sama ścieżka. Nie było żadnych odbić. Zresztą nie widziałeś wczoraj jak były spartolone znaki?

Rzeczywiście, kiedy poprzedniego dnia schodziliśmy z Łopiennika na północ oznaczenia niebieskiego szlaku pozostawiały wiele do życzenia. Ciągłe postoje, sprawdzanie mapy i wracanie się do ostatnio widzianego oznaczenia zaczęły działać nam na nerwy. Cała wyprawa była jednak nerwowa. 4 dni urlopu chcieliśmy wykorzystać maksymalnie robiąc dość ambitną trasę z Ustrzyk do Bukowska. Trasa prowadziła głównie przez tereny nieuczęszczane przez turystów i kłopoty ze znakami można było przewidzieć. A plan zakładał dobrą pogodę i czas przejścia obliczony był na styk. Dziś mieliśmy dojść do Przybyszowa, skąd następnego dnia było tylko 2 godziny do Bukowska, skąd z kolei odchodził jedyny autobus do Sanoka. Tylko on pozwalał zdążyć na pociąg warszawski a tylko ten pociąg dawał nam gwarancję pojawienia się w pracy w poniedziałek rano, choć i tak praktycznie bez czasu na dłuższy sen w domu.

Tymczasem robiło się niebezpiecznie późno i zgubienie szlaku było ostatnią rzeczą jakiej potrzebowaliśmy. Hubert jednak najwidoczniej nie kwapił się do cofnięcia się do ostatniego oznaczenia.

- Pokaż mapę – powiedział z lekkim wahaniem.

Mapa nie powiedziała nic nowego. Według niej wciąż byliśmy na szlaku. Kompas również pokazywał, że idziemy w dobrym kierunku.

- To co, idziemy dalej, nie? – w głosie Huberta po wahaniu nie było śladu. Była za to satysfakcja z upewnienia się o własnej racji. Tego nie mogłem mu darować.

- Wiesz, jakbyśmy nie siedzieli tyle w tym barze to moglibyśmy sobie teraz łazić na kompas. Sorry, ale nie mam zamiaru znowu iść na dywanik do Knapickiego za kolejne spóźnienie. Tym razem mogę po prostu wylecieć na zbity pysk.

Dobrze wiedziałem, że Hubert zdawał sobie sprawę, że to on w przydrożnej jadłodajni w Bystrem, ostatniej typowo turystycznej miejscowości na trasie, uparł się żeby zamawiać pstrąga, na którego czekaliśmy ponad godzinę. Moja przemowa miała w nim wzbudzić poczucie winy i chyba taki skutek odniosła, gdyż ton głosu Huberta brzmiał pojednawczo, gdy odpowiedział:

- Trzeba chyba coś jeść co nie? A w ogóle co się Knapichem przejmujesz, już nie bądź taki sumienny.

- Ty to mądry jesteś, bo masz dwa etaty i jak cię wyleje to nie będziesz płakał.

- Przecież też miałeś tą robotę nagraną, nie gadaj. Mogłeś walić jak w dym.

- A ciekawe co by Aneta na to powiedziała. Musielibyśmy się przeprowadzić, musiałaby rzucić studia, kurna, co ci będę mówił, przecież dobrze to wszystko wiesz. Wypatruj lepiej szlaku – byłem już bliski wybuchu. W milczeniu ruszyliśmy dalej. Stopniowo świerki zaczęły ustępować miejsca bukom, a droga cały czas biegła w dół. Jednak słońce już zachodziło a po szlaku nadal nie było śladu. Ścieżka zrobiła się węższa i coraz trudniej było ją rozpoznać. Trzeba było podjąć szybką decyzję, która jednak narzucała się sama – nocujemy w lesie i szukamy dogodnego miejsca na rozbicie namiotu. Hubert chciał rozkładać się od razu, na stoku, ale przekonałem go, żeby zejść jeszcze trochę niżej i znaleźć kawałek płaskiego i poziomego podłoża. Ściemniało się coraz bardziej, byliśmy wykończeni, mokrzy od potu i rozdrażnieni. Żadnemu z nas nie uśmiechało się rozbijać namiotu przy świetle latarki. Jednak teren uparcie opadał w dół. Szliśmy już niemalże na oślep, siłą rozpędu, pozwalając, by gałęzie obijały nam twarze, co jeszcze bardziej potęgowało podły nastrój. Gdy szedłem pierwszy, byłem wkurzony, że to ja muszę uważać na gałęzie bo Hubert nie zachowuje odpowiedniej odległości, a gdy byłem za nim, wkurzało mnie to, że on nie pilnuje swoich. Półmrok gęstniał z każdą minutą a my wciąż nie mogliśmy zejść ze stoku. W pewnym momencie drzewa wokoło zaczęły się kurczyć i gęstnieć, co było nieomylnym sygnałem, że zbliżamy się do doliny. Rzeczywiście, po przejściu kilkudziesięciu metrów stanęliśmy na skraju polanki porośniętej wysoką trawą. Spadek był jeszcze na tyle duży, że uniemożliwiał spanie, ale kawałek dalej widać było czarną, bo ogarniętą już przez mrok, plamę kilku drzew, gdzie teren wydawał się być już w miarę równy.

- Rozbijamy się w tym pierdolniku – powiedziałem wskazując głową na grupę drzew po czym obaj ruszyliśmy w ich kierunku. W zagajniku panowała już noc, ale tylko tam znaleźliśmy dobre miejsce na namiot. Udało się go rozbić, mimo kamienistego gruntu, wykorzystując ostatnie odcienie szarości i schować się przed wilgocią i chłodem niesionym przez podnoszące się mgły. Byliśmy zbyt zmęczeni żeby jeść, po omacku rozłożyliśmy karimaty i śpiwory myśląc tylko o tym żeby jak najszybciej zasnąć. Hubert wyszedł jeszcze za potrzebą oświetlając sobie drogę komórką, co jednak nie było dużą pomocą. Ustawiłem budzik na 6 rano i niemal od razu pogrążyłem się w przedsennej malignie.

- Tam kurwa chyba jakiś cmentarz jest – zdążyłem jeszcze usłyszeć kiedy Hubert ładował się z powrotem do namiotu. Potem zapadła ciemność.

Obudziłem się z krzykiem. Przez kilka sekund nie wiedziałem gdzie jestem. W głowie wciąż miałem obraz ze snu. Nie miałem pojęcia, co oznaczał, ale trudno było mi uwierzyć, że było to przypadek. W śpiworze obok coś się poruszyło. Hubert już nie spał. Leżał na wznak i patrzył tępym wzrokiem w górę. Na czole świeciły krople potu.

- Wiesz co, sen miałem dziwny jakiś – miałem wrażenie, że mój głos dochodzi gdzieś z oddali, był nienaturalny, drżący.

- No ja też, a co ci się śniło?

Opowiedziałem w paru słowach swój sen. Zdziwiło mnie to, że nie brzmiało to wcale nielogicznie i absurdalnie.

- Chrzanisz, mi się to samo śniło!

Hubert opowiedział swoją wersję. Była identyczna. Nawet wrażenie jakie zostawił sen, było podobne. Siedzieliśmy dłuższą chwilę w ciszy. Na zewnątrz słychać było tylko szum owadów na dawno już obudzonej polanie. W końcu przyszło ocknienie że jeśli szybko nie wyruszymy to nie zdążymy na autobus. Pierwszy zacząłem gramolić się z namiotu szukając butów. Leżały na zewnątrz, niemal całkiem mokre. Wieczorem nie zadałem sobie nawet trudu, żeby wsadzić je do namiotu albo zawinąć w reklamówkę. Z obrzydzeniem zacząłem wbijać w nie stopy. Dopiero kiedy wstałem rozejrzałem się wokoło. Wokół naszego namiotu, z obrzydliwie niezgrabnie powbijanymi śledziami, widać było zarysy fundamentów a on sam stał w głębi prostokąta wyznaczonego przez bujną, jasnozieloną trawę. Kilkanaście metrów dalej wśród pokrzyw i malin sterczało kilka kamiennych, prawosławnych krzyży. Sięgnąłem do kieszeni po kompas i sprawdziłem kierunki.

- Ty, ale jaja, spaliśmy w miejscu po cerkwi! Dokładnie za ikonostasem!

Hubert również zdążył wydostać się z namiotu i w milczeniu patrzył na porosłe mchem fundamenty.

- Że też się nie zczailiśmy wczoraj – powiedział drapiąc się po głowie – czekaj, przecież to powinno być zaznaczone na mapie!

Nic takiego jednak nie znaleźliśmy, mimo, że mieliśmy nową, godną zaufania 50-tkę. Najbliższe miejsce po dawnej wsi i cerkwi zaznaczone było dobre 20 kilometrów na południowy wschód – niemożliwe, żebyśmy aż tak zboczyli z trasy. Pozostało nam nadal iść w dół zbocza i liczyć na odnalezienie szlaku albo przynajmniej jakiegoś punktu orientacyjnego. Z obu nam wiadomego powodu, którego żaden z nas nie chciał wypowiadać na głos, nie byliśmy nawet głodni tylko bez słowa zwinęliśmy namiot nie czekając aż podeschnie i ruszyliśmy dalej. Po kilku metrach ścieżka znikła całkowicie i trzeba było iść na kompas. Nie wiedzieliśmy jednak nawet dokładnie jaki kierunek obrać – cerkiew-widmo zupełnie pozbawiła nas orientacji. Postanowiliśmy po prostu iść na zachód mając nadzieję, że jeśli nie dotrzemy do Bukowska, to chociaż wyjdziemy na biegnącą doń drogę.

Po godzinie marszu, a raczej przedzierania się przez pokrzywy i brnięcia przez błotne bajora powstałe w koleinach po kołach ciągników (które zresztą prowadziły do nikąd ginąc w gęstym poszyciu lasu) usiedliśmy na plecakach, cali mokrzy, w chmurze komarów i upierdliwych muszek.

- Może by tak... – zaczął Hubert, ale w tym samym momencie mój wzrok padł na oddalony o jakieś 20 metrów srebrzysty pień buka.

- Co to jest? – zapytałem zaniepokojonym głosem wskazując na widniejący tam znak szlaku, nie niebieskiego, jakim szliśmy wczoraj i jaki spodziewaliśmy się odnaleźć, lecz czerwonego.

- To jakaś paranoja – zaczął Hubert kiedy podchodziliśmy do drzewa żeby sprawdzić czy przypadkiem nie jest to kolejne widmo – to niemożliwe, żebyśmy uszli tak daleko, jeśli to jest czerwony to musieliśmy minąć Karlików…

Paski szlaku były jak najbardziej prawdziwy. Była też w miarę widoczna ścieżka. A na niej kolejne znaki. Po konsultacji z mapą okazało się, że Hubert miał rację. W niezrozumiały dla nas sposób znaleźliśmy się na zachód od Bukowska. Nijak nie mogliśmy dojść w którym momencie poprzedniego dnia zboczyliśmy z trasy i jak wylądowaliśmy prawie 20 kilometrów dalej niż teoretycznie byliśmy w stanie zajść. Teraz jednak myśleliśmy o tym, żeby zdążyć na autobus. Pełni optymizmu ruszyliśmy nowoodnalezionym szlakiem.

Dworzec powoli budził się do życia. Sprzedawcy otwierali kraty zabezpieczające kioski i sklepiki. Myślami będący jeszcze gdzieś w oparach nocy facet sunął milczącym melexem wzdłuż torów nie wiedząc jeszcze dobrze gdzie i po co jedzie. Podmiejskie pociągi-kowbojki wypluwały dziesiątki zaspanych pasażerów. Pojawiały się pierwsze głosy, pierwsze rozmowy. Bez zapowiedzi z megafonu, z głośnych westchnieniem na peron wtoczył się skład dalekobieżny, zmęczony ciągłym mknięciem na północ i jakby zdziwiony, że to już, że tak nagle znalazł się w miejscu swego przeznaczenia. Wyszło zaledwie kilka osób: chłopak w dresie, starsza kobieta z dzieckiem, kilku mężczyzn, którzy wsiedli dopiero gdzieś w połowie trasy, konduktorzy w porozpinanych mundurach. Kolejarz w pomarańczowej kamizelce leniwym krokiem ruszył wzdłuż pociągu od niechcenia uderzając młotkiem w podwozia. Mijając otwarte drzwi nie zauważył wielkiego jak pięść świerszcza siedzącego na dachu korytarza, zagubionego pasażera na gapę, przybysza z innego świata. W biurach i firmach listę podpisywali ostatni spóźnieni.