Onde estas? (fragmenty)


Dokąd prowadzą twoje wciąż zwężające się ulice? Coraz węższe i węższe, biegnące coraz bardziej w dół. Domy stają się starsze, bramy wydychają coraz więcej stęchlizny i chłodu. Tu nie dociera już słońce. Ubrania suszące się w poprzek ulic nie są już białe lecz czarne. Czarne szale i koszule. W końcu pozostaje tylko przeciskanie się przez szczeliny w murze. Walka o każdy oddech. Dokładnie jak w tamtym śnie. O innych ulicach, innym mieście. Jakiej tajemnicy strzeżesz? Czy sama nie jesteś dostateczną zagadką, milczącą, wciąż uciekającą w głąb ciemnego korytarza? Gubię się w tobie jak w labiryncie. Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że jesteś blisko, w zasięgu ręki, oddalasz się ponownie. I znowu majaczysz jakby po drugiej stronie szerokiej rzeki. Gubię się labiryncie twoich splątanych włosów. Wielkich czarnych oczu. Czuję na sobie twój wzrok, a nie widzę nawet twojej twarzy. I im bardziej zbliżasz się do mnie, im bardziej rozbudzasz swoim ciepłem i zapachem, tym mniej realna się stajesz. Tym mniej wierzę, że naprawdę istniejesz. I boję się, że cała moja nadzieja to wytwór jakiegoś okrutnego demiurga.

OUTONO

16:09. 157,5m n.p.m. Jest. Obecność. Niedotykalna. Przeczuwana. 9,5°C. Wiatr zachodni. 10km/h. Kolejny początek. Altostratusy. Za nimi ty. A może bliżej? 16:11. Sikorskiego. Awaria piętnastki b. Nr 2068. 19, 4°C. Matowe szkło. Światło dociera. Rozmazane. Opacus. Korki na Głębokiej. Spróbuję się unieść. Dosięgnąć. Ciężko. Ani drgnie. 157,4 m n.p.m. Jeszcze trochę. Wszystko trzeszczy. 16:12. Boję się o piwnice. Mogą nie wytrzymać, popękać, poruszyć to, co tkwi głęboko. Uśpione. Mimo to spróbuję. Pół milimetra. A jednak. 20,1° C. Pot. 19, 4°C. 11km/h. 157, 5 m n.p.m. 16:13

Wszystko zaczęło się niby przypadkiem. Cały czas miałem jednak poczucie, że tak naprawdę to od początku stał za tym jakiś głęboko ukryty plan, którego do tej pory nie udało mi się rozszyfrować. Jego części pojawiały się co jakiś czas to tu, to tam, podczas gdy całość wciąż pozostawała tajemnicą. Minęło sporo czasu nim zacząłem kojarzyć pewne fakty i nim wszystko zaczęło układać się w jakąś w miarę logiczną całość. Zresztą nadal nie wszystkie elementy układanki pasują do siebie a wielu z nich wciąż brakuje. Być może znajdują się one bardzo blisko, niemalże na wyciągnięcie ręki, ale możliwe też, że nie zdaję sobie nawet sprawy z ich istnienia, mimo, że mogą być kluczem do całej zagadki. Przecież nie można rozpoznać to, czego się nie widzi i czego istnienia nawet nie podejrzewa. Na pewno wielu rzeczy, które się wydarzyły najzwyczajniej nie rozumiałem i wciąż nie rozumiem. A ich rozwiązanie może być dosłownie wszędzie. Nawet w miejscu tak oczywistym, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy go tam szukać. Jednak po kolei.

18:30. Zimno.’Solina’. Punktualnie. 18:31. Dziś znowu jesteś bardzo daleko. Cirrostratus nebulosus. Ledwo wyczuwalny oddech. 4,2°C. Stoi tam. Czuję wyraźnie. Dlaczego właśnie on? 4,2°C. Kropi. Wczoraj 0.0 mm. Dzisiaj 1.0. Kim jest? 18:32. Nieważne. Korek na Lipowej. Nie przejedzie. Puścić przez Racławickie. Tak dobrze. 4,1°C. Zobaczył? Zobaczył. Na pewno. 1.1mm. Teraz mżawka. Widoczność 18m. Nieważne. Nawet, jeśli się domyśli. 4,2°C. Milimetr po milimetrze. 1010hPa. 176,2 m n.p.m.

Ten pierwszy raz był chyba któregoś mroźnego październikowego wieczoru. Miasto owija się wtedy mgłą jak ciemnym, trochę wytartym płaszczem. Otula się nim tak szczelnie, że myśli nie mają ujścia, nie lecą w niebo tylko błąkają się po ulicach jak bezgłowe zombi w niskobudżetowym horrorze. W takie wieczory oczywiście nigdy nie widać dobrze numerów autobusów, nie mówiąc już o nazwach ulic na tabliczkach, nawet na diodowych wyświetlaczach. Trzeba się nieźle nawytrzeszczać żeby zobaczyć numer linii. Stałem wtedy na 3-go Maja, po stronie Placu Litewskiego, przytulony do podświetlanej reklamy w bocznej ścianie przystanku w złudzeniu, że bladoniebieskie światło daje jakiekolwiek ciepło. I jak tak stałem, to mrużąc to szeroko otwierając oczy, nadjechał przegubowy Ikarus. Zwróciłem na niego uwagę, bo był pomalowany w rybki i bąbelki tak, że wyglądał jak gigantyczne, ruchome akwarium. Nie zauważyłem jednak numeru, mignęła mi tylko boczna tabliczka, na której była ta dziwna nazwa ulicy. Teraz już wiem, jaka, ale wtedy byłem całkowicie zbity z tropu. Zauważyłem tylko, że kończyła się na „ente” – teraz różnie ulice nazywają, ale żeby kończyła się na „ente” to raczej byłoby dziwne. Nie wiedziałem, jaki to był numer, więc i tak nie mogłem potem nigdzie tego sprawdzić. Wytłumaczyłem to sobie mgłą, zimnem i zmęczeniem. Te trzy rzeczy nieraz już były przyczyną omamów wzrokowych, zupełnie jakby zawieszone były wtedy prawa optyki i jakby miało to ochronić miasto przed czarną przestrzenią, która zwieszała się nad nim jak wielka, niema zagadka.

(…) Tymczasem pogoda psuła się coraz bardziej. Znowu zaczęła nabierać niepokojącej dziwności, jak gdyby wiatr przynosił powietrze wykrojone z odległego, obcego miejsca, razem z zapachami, pyłem i wciąż wyczuwalnymi zagłębieniami – śladami po jakichś innych budynkach, kościołach czy wzgórzach. Nad miasto zaczęły nadciągać ogromne, sine chmury, ciężkie od niesionej wody i kryształków lodu. Wydawało się, że świadomie szukały miejsca gdzie mogłyby zrzucić swój ładunek, wyzwolić się z ciężaru, który niosły, nie zastanawiając się nawet, że skraplając go same przestaną istnieć. Z początku zbierały się na horyzoncie, potem zbliżały się coraz szybciej i szybciej, robiły się coraz bardziej czarne i wyraźne. Teraz jednak skupiały się w jedną, nieuformowaną jeszcze masę o konsystencji szarej waty, nakładały na siebie, przenikały się bez jakiegokolwiek celu i przyczyny, nieustannie zmieniając kształt. Z tej ruchomej masy odrywały się strzępy mniejsze kawałki, wyszarpywane przez wiatr goniły we wszystkich kierunkach lecz po kilku chwilach samodzielnego lotu na powrót wtapiały się w czarny chaos, z którego się narodziły. A chaos ten zdawał się rosnąć i pęcznieć, wzbierać jak rzeka niosąca zwały mułu i kamieni z odległych gór. I nie wiem czemu pewnego mglistego popołudnia, kiedy szedłem Racławickimi w kierunku Rogatki w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że ten kotłujący się wokoło (a może tylko w mojej głowie?) chaos zamienia się w bezładną masę nieartykułowanych sylab i przypadkowych słów, które wylewają z brzegów, jak rwący potok niszcząc wszystko na swojej drodze. Wydawało się, że nie ma już odwrotu, że klęska jest nieuchronna i cały świat pokryje głuchy muł pozlepianych kikutów liter. Obyło się jednak bez katastrofy, chmury rozpierzchły się stopniowo ustępując miejsca mroźnemu, ale czystemu niebu a czarna, kłębiąca się masa słów skurczyła się, wyciekła poza marginesy lub przesiąkła na tył strony, miejsce, z którego nie docierały żadne dźwięki i żadne obrazy, niewidoczne nawet z najwyższych budynków.

00:34. Cisza. Szczekanie psów. Brak prądu na Hajdowie. 2,5°C. 188,3 m n.p.m. Pusto. Spaliny długo unoszą się nad ulicami. Mieszają się z wydychanym powietrzem. Stłuczka na Spółdzielczości. Dwie osoby ranne. Mgła. Widoczność 20m. Tej nocy ani milimetra. 188,3 m n.p.m. Daleko. Zimno. Mgła. W niej cieplej. Aż okryje czubki wież. Wtedy sen. 22: 36. 2,6°C. Nadal bezwietrznie. Pociąg. Ledwo słyszalny stukot. Ale ten znajomy. Nie ten przynoszony przez deszcz i stratusy. 188,3 m n.p.m. On śpi. Sam. Ja czuwam. Czekam. 183,3 m n.p.m.

Cała ta halucynogenna mglistość zaczęła się powoli rozwiewać dopiero po kilku dobrych dniach. Robiła to bardzo leniwie, bo jeszcze przez ponad tydzień utrzymywała się w wąskich uliczkach, wąwozach, korytach Czechówki i Bystrzycy. Poznikały gdzieś zastoiska czasu, wszystko zaczęło toczyć się własnym rytmem, czyli szybko i zupełnie bezrefleksyjnie. Jednak kiedy rozmawiałem z Bulem, bo akurat wtedy spotkałem go w Empiku i poszliśmy na kontrolny browar, okazało się, że on też miał podobne wrażenie. Obu nam wydawało się, że nagle wszystko zaczęło się kręcić jak na spidzie, zero oddechu. Dni upływały, jak to Bulo obrazowo określił, jak ciche pierdnięcia. Nie wie się nawet, że się takie puściło, do czasu jak się poczuje smród. Z tego niedaleki wniosek, że całe życie to jedno wielkie pierdnięcie, tak szybko zlatuje. Dlatego rozstawałem się z Bulem z pewnym niesmakiem, bo tą swoją gastryczną filozofią zepsuł mi humor na resztę dnia. Do tego cały czas truł mi o swojej pracy magisterskiej, którą pisał już od chyba trzech lat. Oprócz tego, że ciągnął dwa kierunki, brał do tego jakieś dziekanki (które w dużej mierze spędzał, jak na ironię, w Dziekance). Proces jego edukacji trwał tak długo, że po jakimś czasie dorobił się ksywki ‘tatuś’, tak wiekiem odstawał od reszty studentów. A temat jego pracy też nie rokował najlepiej, bo był owocem jednej z jego licznych obsesji. Polegała ona na tym, że niby w całej historii Polski chodziło o to, żeby wypchnąć ją w morze. Wykroić i wyholować w morze. Zadanie w sumie łatwe, bo pozwalałyby na to naturalne warunki: dwie duże rzeki, Wisła i Odra na wschodzie i zachodzie. Wystarczyłoby tylko przekopać na południu (zaczęto kopać na Śląsku i przy okazji dokopano się do węgla). No i stąd ciągłe wojny, bo wypchnąć Polskę w morze chciały Niemcy i Rosjanie (i Szwedzi swego czasu też). I stąd też między innymi Kanał Augustowski (i dwa razy od niego dłuższy, ale mniej znany kanał Wieprz – Krzna, ciągnący się gdzieś od Krasnegostawu aż po Międzyrzec Podlaski, oprócz Muru Chińskiego chyba jedyny wytwór człowieka widoczny z kosmosu). To dlatego Niemcom tak zależało na Gdańsku (Schlezwig Holstein w rzeczywistości był holownikiem mającym wyciągnąć Polskę w morze). Tłumaczył mi też Bulo, że to przez granice na Bugu i na Sanie Niemcy pożarli się z Sowietami i to dlatego ci pierwsi najechali tych drugich. No i w końcu powojenna Polska już w wygodnych do ‘wycięcia’ granicach. Wszystko poszłoby łatwiej, gdyby nie strajki w stoczni gdańskiej, gdzie podobno robotnicy nie godzili się na przymusową i śmiesznie płatną robotę przy budowie gigantycznego holownika, którego części sprzedano później do Iraku, który z kolei chciał wypchnąć w morze Kuwejt i tak dalej, i tak dalej. Wszystko to się niby zgadzało, z tym, że nie mogłem pojąć, dlaczego i w jakim celu w ogóle chciano z Polski zrobić wyspę. Mówił, że ma kilka hipotez, ale za każdym razem jak się dopytywałem o to, to odsyłał mnie do książek Antoniego Gołubiewa, szczególnie do jego dziewięcioksiągu o Bolesławie Chrobrym. Twierdził, że Gołubiew tam właśnie umieścił rozwiązanie tej zagadki, ale trzeba czytać między wierszami, których jest, jak na tyluzajebiściuksiąg przystało, raczej sporo. Nie wiem do tej pory, czy tam ta odpowiedź jest czy jej nie ma, ja w każdym razie za Gołubiewa nie miałem czasu się zabierać, bo schizoidalnych teorii miałem sam i tak dosyć.